Moja taneczna historia sukcesu

Autor: Justyna Nowak — Grudzień 18, 2012

Nigdy nie miałam problemu z tym, że jestem za gruba, niewymiarowa czy coś w tym stylu. Owszem, od pewnego momentu przestałam rosnąć wzwyż, więc zaczęło przybywać „kobiecych kształtów”. Ale mi nadal to nie przeszkadzało. Ćwiczyć zaczęłam bardziej dlatego, że brakowało mi ruchu. Siedzenie po 8-10 godzin przed komputerem nie sprzyja ani zdrowiu, ani dobremu nastrojowi, ani budowaniu poczucia własnej kobiecości. Trzeba było więc zacząć o to walczyć.

źródło: zumba4you.pl

Na początek przyjaciółka wyciągnęła mnie na Zumbę. A raczej wyciągała mnie już od długiego czasu, ale ja byłam oporna. Nigdy wcześniej nie tańczyłam ani nie ćwiczyłam nic związanego z fitnessem, a Zumba to przecież połączenie latynoamerykańskich tańców z aerobikiem. Więc pewna obawa była: czy dam sobie radę? Czy aby nie wymięknę? Tam przecież pewnie tacy wyćwiczeni ludzie będą, że ja z moim brakiem kondycji to wstyd tylko…

źródło: ps3site.pl

I rzeczywiście: pierwsze zajęcia były męczarnią. Kroki się myliły, ręce nie szły z nogami i nawet niektóre spokojne ćwiczenia rozciągające sprawiały mi trudność. Na szczęście instruktorka – młoda dziewczyna tańcząca niemal cale życie – bardzo podbudowywała stwierdzając, żeby się nie przejmować pomyłkami, że na początku zawsze one są, że jak się przetrwało pierwszy trening to może być tylko lepiej. Postanowiłam się więc nie poddawać. Zaczęłam motywować inne znajome do chodzenia na ćwiczenia, a gdy akurat one nie mogły – wybierałam się sama.

Z pierwszego klubu, znajdującego się spory kawałek od mojego domu, zaczęłam chodzić do tego znajdującego się bliżej. W ten sposób znacznie wzrosła moja chęć do wieczornych wyjść na Zumbę. Powoli przyzwyczajałam się do instruktorki, do miejsca, do ludzi. Jako, że mam tendencję do przychodzenia w różne miejsca 10 minut wcześniej, poznałam też obsługę klubu z jego szefową, panią H. na czele.

źródło: producent

Któregoś razu, gdy również pojawiłam się „za dziesięć”, usiadłam w klubowej kawiarence i zaczęłam rozmawiać z inną dziewczyną również czekającą na Zumbę. W międzyczasie podeszła do nas pani H. z pytaniem, czy nie chciałybyśmy spróbować L-karnityny. Jak się dowiedziałyśmy, L-karnityna to suplement diety, który miesza się z wodą pitą podczas treningów. Ma ona za zadanie wzmocnić siłę mięśni i całościową wytrzymałość organizmu, przyspieszając jednocześnie metabolizm. Można więc ćwiczyć dłużej, a efekty treningu są zdecydowanie lepsze. Zachęcone takim opisem chętnie otworzyliśmy nasze butelki z wodą, w której za chwilę znalazła się jedna dawka suplementu. I powiem Wam: nigdy więcej L-karnityny! Owszem, miałam wrażenie spalenia dwukrotnie większej liczby kalorii, ale przy tym także dwukrotnie większego zmęczenia! Zakładając, że Zumba i bez L-karnityny wyciska z człowieka siódme poty, to za wszelkie dodatki pięknie dziękuję.

źródło: blogspot.com

Po około dwóch miesiącach regularnego uczestniczenia w zajęciach Zumby zauważyłam, że spodnie zaczynają na mnie jakoś delikatnie lepiej leżeć. Dodatkowo kiedyś kupiłam sobie jedną, „motywacyjną” parę, która teraz w końcu zaczęła się też na mnie się mieścić. Skutki Zumby były więc dwa: wzrost poziomu endorfin, zwanych hormonami szczęścia, a także zmiany w ukształtowaniu sylwetki. Co prawda waga nie pokazała dużego spadku kilogramów, ale figurka się poprawiła, nie ma co. A że jak człowiek zauważy tak pozytywne objawy, to chce ciągle więcej i więcej, to pomyślałam o dalszym rozwoju tanecznym. Tanecznym, gdyż właśnie ta forma aktywności daje mi radości najwięcej.

źródło: olsztyn.olx.pl

Padło na profesjonalną szkołę tańca J. i kurs tańca towarzyskiego. Czyli podstawowe tańce użytkowe, które przydadzą się na każdym weselu, imprezie czy innym balu, uczone przez wysokiej klasy instruktora. Trzeba było jednak najpierw znaleźć sobie partnera do tańca. Zaczęłam od rozpytywania kolegów. Ale tylko tych wyższych ode mnie, bo tańczyć z niższym to nie do końca dobrze. Mijały dni i żaden chętny pan się nie znajdował… postanowiłam więc po raz kolejny zaufać mocy Facebooka. Wrzuciłam na swój profil filmik z walcem wiedeńskim i ogłoszeniem, że poszukuję faceta mieszkającego w moim mieście, chcącego tańczyć i mającego więcej centymetrów wzrostu niż ja. I udało się! Zgłosił się P. Nigdy wcześniej nie tańczyliśmy razem przy żadnej okazji, ale zaryzykowaliśmy.

źródło: studiotanca4u.pl

Pierwsze zajęcia. Podstawowe kroki pierwszych tańców, poznawanie siebie, deptanie sobie po nogach, budowanie tanecznego zaufania do partnera… Na szczęście P. okazał się mężczyzną, który nie tylko świetnie wychwytuje rytm, ale też błyskawicznie łapie kroki i lubi rządzić w tańcu. 😉 Czyli partner idealny. Na pierwsze treningi chodziłam w trampkach, jednak na trzecich czy czwartych zajęciach postanowiłam ubrać pantofelki. P. jest wyższy ode mnie o ponad 20 centymetrów, więc nawet zakładając wysokie obcasy go nie przerosnę. I dobrze.

Pierwsze efekty dla mojego ciała i ducha dały się zauważyć szybko. Taniec wymusza piękną, wyprostowaną postawę, więc zaczęłam się do takiej przyzwyczajać na co dzień. Prostowanie się, wciąganie brzuszka i radosne spalanie kalorii sprawiły też, że spodnie leżały na mnie jeszcze lepiej. Zaczęłam też kupować bluzki lepiej podkreślające moją figurę. Pewność siebie wzrosła niesamowicie, tak samo zresztą jak zaufanie do partnera.

źródło: londynek.net

Za mną już kolejny miesiąc treningów Zumby i tańców towarzyskich takich jak samba, cha-cha, swing, salsa, walc angielski, walc wiedeński czy tango. Spektakularnych zmian w wadze nie zauważam. Od pierwszych zajęć do teraz straciłam zaledwie jakieś kilka kilogramów. Pewnie gdybym połączyła to z jakąś ostrzejszą dietą, to efekt byłby inny. Ale ja nie lubię diet, a poza tym naprawdę świetnie czuję się w swoim ciele, więc po co dodatkowo się męczyć? Naprawdę, jeśli nie macie jakiejś chorobliwej już nadwagi, to nie jest najważniejszą rzeczą schudnięcie. Ono nie zawsze sprawi, że lepiej poczujemy się z samym sobą. Gdy jednak zaczniemy ćwiczyć to, co kochamy, co daje nam OGROMNĄ radość, to zyskamy podwójnie: kształtując sylwetkę i akceptując siebie w całości. Bez potrzeb drastycznych zmian tego, co dał nam Pan Niebo.

Reklama: